Tatry

W kolejnych latach, było mi dane wielokrotnie wracać Doliną Białej Wody, zazwyczaj po przejściach graniowych schodziliśmy na naszą stronę do cywilizacji. Jednak droga w dół, od Polany pod Wysoką do Łysej Polany ciągle pozostawała „gehenną” wyrytą w podświadomości.

Widok z Podhala na Polski Grzebień - przełęcz w lewej części zdjęcia. W prawą stronę – granią na Gerlach - biegnie słynna „Martinka”. W prawej części w bieli Batyżowiecki i Kaczy, w czerni Młynarz i grań w lewo schodząca do Młynarczyka. Fot. Jacek MrugaczWidok z Podhala na Polski Grzebień - przełęcz w lewej części zdjęcia. W prawą stronę – granią na Gerlach - biegnie słynna „Martinka”. W prawej części w bieli Batyżowiecki i Kaczy, w czerni Młynarz i grań w lewo schodząca do Młynarczyka. Fot. Jacek Mrugacz

***

Siedziałem pod wiatą obozowiska na Polanie pod Wysoką, pięknie obudowaną bryłami śniegu, które tworzyły jakby lodowy wigwam. Spokojnie popijałem gorącą herbatę z termosu. Rozmyślałem sobie, ilu znamienitych wspinaczy siedziało tutaj i kiedy zbudowano tę wiatę.

Warunki śniegowe, jakie panowały w górach były bardzo dziwne? Na nartach szło się wyśmienicie, bez nich wpadało się głęboko, nawet po pas w śnieg. Piąłem się rytmicznie do góry, w godzinę później byłem ponad Kaczym Stawem. Fotografowałem, choć ciągle myślałem, że lepiej będzie podejść wyżej, skąd zdjęcia będą lepsze – ale obawa, że jak nadejdzie jakaś chmura i w międzyczasie zasłoni ścianę, lub zmieni się oświetlenie na gorsze kazało powtarzać sekwencje zdjęć co chwila. Tak doszedłem do moreny nad Litworowym Stawem. Od razu przypomniałem sobie cytat z przewodnika Józefa Nyki: widok stąd jest zdumiewający… i po raz kolejny mogłem tylko wyrazić moje uznanie, dla wiedzy i pracy jaką włożył w opracowanie swych przewodników po Tatrach, dawny redaktor Taternika.

Bajkowy widok dookoła Litworowego Stawu. Fot. Michał PrzybyszBajkowy widok dookoła Litworowego Stawu. Fot. Michał Przybysz

Kaczy Mur, zimą wygląda stąd szczególnie imponująco. Filar Ganku, Koryto Rumanowego. Są ciągle w moich planach i może kiedyś znajdę na nie czas. Dla mnie to jeden z najpiękniejszych zakątków w Tatrach. Możliwe, że otoczenie Morskie Oka jest najpiękniejsze ale te tłumy! Kaczy Mur, kocioł Czarnej Jaworowej, otoczenie Zielonego Stawu Kieżmarskiego w moim rankingu są na szpicy.

Kaczy Mur. Fot Andrzej MarciszKaczy Mur. Fot Andrzej Marcisz

Robię tu dziesiątki zdjęć, kręcąc się dookoła wszędzie jest coś co trzeba uwiecznić: Grań Hrubej Turni, Młynarz i jego grań od Młynarczyka, GGTW od Świstowego Szczytu po Rysy. Grań Litworowych Mnichów, (przeszedłem ją kilka tygodni temu).

Wyraźny ślad narciarski, prowadzi mnie dalej w górę. Zdziwiony jestem, że ktoś przede mną szedł na nartach niemal dwukrotnie szerszych i trudno mi zachować jego linię podejścia – jakby bardziej na wprost. Na szczęście nie tylko ja miałem z tym problem i w stromszych miejscach były też węższe zakosy! Dochodzę do Zmarzłego Stawu. Widzę szerokie lawinisko na stokach poniżej przełęczy Polskiego Grzebienia.

Polski Grzebień

***

Ponownie przychodzą złe wspomnienia. Dwójka moich klubowych kolegów Piotr Fastnacht i Janusz Księski, zimą 2001 roku postanowiła przejść się na wycieczkę Doliną Wielicką na Polski Grzebień i zejść Doliną Białej Wody. Przy zejściu nad Zmarzły Staw, obu porywa lawina. Piotrek płynie na plecach głową w dół i ma szczęście. Pęd lawiny przerzuca go na drugi koniec stawu gdzie zatrzymuje się na morenie. Lawinisko ma szerokość ze 200 metrów, wokół jest biało i nie widzi Janusza. Piotrek jest w tej sytuacji bezradny. Były to czasy, w których nie było jeszcze systemów ABS, detektorów lawinowych. Dzwoni po TOPR - śmigło przybywa bardzo szybko, za chwilę jest też drugi śmigłowiec ze Słowakami i oni przejmują akcję. Pies w kilkanaście sekund lokalizuje Janusza – jest pod zwałami śniegu na środku stawu. Niestety pod ciężarem lawiny załamała się tafla stawu, wydobycie Janusza jest bardzo trudne, ryzykowne i trwa blisko godzinę. Był pod powierzchnią wody. Utopił się - nawet nie próbują go reanimować…

Kiedy siedziałem w Jurgowie, pisząc ten tekst, zadzwonił mój telefon – patrzę na wyświetlacz i widzę napis FASTNACHT. Odebrałem dziś sporo telefonów od starych kolegów i domyślałem się dlaczego dzwoni… Słyszę: Cześć czy wiesz, że Krzysiek Dziubek nie żyje. Znałem już szczegóły śmierci Krzyśka, rozmowa przeszła w innym kierunku. Powiedziałem Piotrowi, że jego telefon jest dla mnie jakimś niewytłumaczalnym zbiegiem okoliczności, bo właśnie nosiłem się z zamiarem kontaktu z nim - chciałem poprosić go, aby narysował mi na zdjęciu miejsce, w którym zabrała ich lawina pod Polskim Grzebieniem.

Widok z Polskiego Grzebienia na północ i Zmarzły Staw na pierwszym planie. Fot. Michał PrzybyszWidok z Polskiego Grzebienia na północ i Zmarzły Staw na pierwszym planie. Fot. Michał Przybysz

***

Długo wpatruje się w rozległe strome zbocze pod granią, na której doskonale gołym okiem widzę charakterystyczny drogowskaz na Polskim Grzebieniu. Wcale mi się tam nie spieszy, jestem sam i przez cały dzień nie spotkałem nikogo. Postanawiam przejść kawałek granią w kierunku Hrubej Turni z przekonaniem, że stamtąd będzie lepszy widok. Dochodzę do miejsca, gdzie Horska Służba postawiła stację meteorologiczno-lawinową.

Polski Grzebień

Po powrocie do cywilizacji, napisałem do Tomka Nodzyńskiego – przewodnika i meteorologa w jednej postaci, ponieważ interesowała mnie umieszczona tam kamera? Szybko uzyskałem cenne informacje - na podstronie HZS, po zalogowaniu się (hasło i login jest podane: user!) uzyskuje się aktualne dane o pogodzie w Słowackich Tatrach z wielu miejsc, w większości są też kamerki internetowe. W ten sposób odkryłem wspaniałe narzędzie, pomocne w precyzyjnym planowaniu wyjść w Tatry. Bardzo polecam wszystkim tę stronę: http://meteo.hzs.sk/vdv.php?p=1

Na Polski Grzebień postanawiam wejść już na piechotę, zastawiam plecak i narty i błyskawicznie osiągnąłem przełęcz. Od wyjścia z Łysej Polany minęło jednak 7 godzin.

Na Polskim Grzebieniu o świcie w lipcu 2013 roku z Władkiem Vermessy przy rozpoznaniu Grani Tatr. Fot. Andrzej Marcisz

Znam stąd dobrze widoki, bateria w aparacie wyczerpała mi się już niżej, nic tu zatem po mnie. Pośpiesznie schodzę w dół, nad Stawem spotykam trójkę Słowaków idących na turach na Rohatkę.

Pierwszy raz droga w dół jest przyjemnością, powrót na Łysą Polanę zajmuje mi trzy godziny. W ostatnim czasie, w celach wspinaczkowo - fotograficznych Dolinę Białej Wody odwiedziłem jeszcze pięciokrotnie. Odkryłem, że wracam tu z przyjemnością a nużący dawniej marsz dnem doliny rekompensują: spokój, cisza i wspaniałe widoki. Wszystko, zaledwie nieopodal zatłoczonej do granic możliwości drogi do Morskiego Oka.

Widok z okolicy Litworowej Przechyby. Fot. Andrzej MarciszWidok z okolicy Litworowej Przechyby. Fot. Andrzej Marcisz

Biała Woda znad Gerlachowskich Spadów. Fot. Andrzej MarciszBiała Woda znad Gerlachowskich Spadów. Fot. Andrzej Marcisz

***

Na zakończenie kilka słów o Krzyśku Dziubku. Trudno było znaleźć zdjęcia, z początków jego wspinania. Wielu kolegów szukało, ale w końcu coś mamy.

Krzysiek Dziubek

Krzysiek Dziubek na początku drogi wspinaczkowej w Tatrach. Fot. Tadek PęskiKrzysiek Dziubek na początku drogi wspinaczkowej w Tatrach. Fot. Tadek Pęski

Krzysiek był ode mnie nieco starszy, choć później zaczął się wspinać. Naszą krakowską grupę wspinaczy, która na początku lat osiemdziesiątych zaczęła przygody ze skałą, nazwano Nową Falą. Dzisiaj, niektórzy z nas, powoli dobijają do sześćdziesiątego roku życia. Duża część z tego pokolenia nie wspina się już w ogóle, garstka rekreacyjnie, ale kilku może ciągle zachowuje formę, by robić cyfrę, która kiedyś uchodziła za „magiczne VI.5”. Cześć z nich odeszła na zawsze:

Piotrek Lose zginął w Alpach na Petit Dru, na tym zdjęciu z 1980 roku wspina się na Korosadowiczu na Kazalnicy. Fot. Mirosław MąkaPiotrek Lose zginął w Alpach na Petit Dru, na tym zdjęciu z 1980 roku wspina się na Korosadowiczu na Kazalnicy. Fot. Mirosław Mąka

Katarzyna Sapyta zginęła na Aiguille du Verte - na zdjęciu pod Zjazdową Turnią fot. Leszek KozikKatarzyna Sapyta zginęła na Aiguille du Verte - na zdjęciu pod Zjazdową Turnią fot. Leszek Kozik

Staszek Bagiński zginął na Aiguille de Blaitière. Fot. Joanna Wiglusz, arch. Jacek OstaszewskiStaszek Bagiński zginął na Aiguille de Blaitière. Fot. Joanna Wiglusz, arch. Jacek Ostaszewski

Janusz Księski zginął w lawinie pod Polskim Grzebieniem. Fot. Jacek OstaszewskiJanusz Księski zginął w lawinie pod Polskim Grzebieniem. Fot. Jacek Ostaszewski

Staszek Kalita zmarł śmiercią naturalną, miał problemy sercowe, na zdjęciu powyżej: zawody pod Brandysową, czerwiec 1984 roku – od lewej - Ryszard Riko Malczyk, Andrzej Marcisz, Beta Stano, Staszek Kalita i Zbigniew Czyżewski Małolat Fot. Jacek OstaszewskiStaszek Kalita zmarł śmiercią naturalną, miał problemy sercowe, na zdjęciu powyżej: zawody pod Brandysową, czerwiec 1984 roku – od lewej - Ryszard Riko Malczyk, Andrzej Marcisz, Beta Stano, Staszek Kalita i Zbigniew Czyżewski Małolat Fot. Jacek Ostaszewski

Joanna Wiglusz/Bagińska/Wolf/Szczerba również w lawinie, na nartach w okolicy Kalatówek. Fot. Staszek Bagiński, arch. Jacek OstaszewskiJoanna Wiglusz/Bagińska/Wolf/Szczerba również w lawinie, na nartach w okolicy Kalatówek. Fot. Staszek Bagiński, arch. Jacek Ostaszewski

Lubomir Prokopek, zmarł na atak serca w Paryżu, gdzie był przedstawicielem LOT. Fot. Jacek OstaszewskiLubomir Prokopek, zmarł na atak serca w Paryżu, gdzie był przedstawicielem LOT. Fot. Jacek Ostaszewski

Teraz dołączył do nich Krzysiek Dziubek.

Był sprawnym wspinaczem skałkowym, choć zdecydowanie bardziej pociągały go Góry. Tutaj odniósł swoje największe sukcesy. Spektakularne było pierwsze polskie przejście drogi Maestriego „przez kompresor” z wejściem na sam szczyt śnieżnego grzyba Cerro Torre – jednej z najpiękniejszych gór na świecie, marzeniu chyba każdego alpinisty. Dokonał tego w zespole z Markiem Olczykiem, który kilka lat temu miał poważny wypadek samochodowy – nad ranem na drogę wybiegł mu jeleń – w wyniku zderzenia uszkodził mu kręgosłup. Marek do dzisiaj walczy, by móc zrobić kilka kroków o własnych siłach.

Marek Olczyk na Torre Venezia – Marku, życzymy Ci powrotu do zdrowia. Fot. Jacek OstaszewskiMarek Olczyk na Torre Venezia – Marku, życzymy Ci powrotu do zdrowia. Fot. Jacek Ostaszewski

Krzysiek miał również na koncie pierwsze polskie przejście zimowe Filara Croza na Grandes Jorrasses (również z Markiem Olczykiem oraz z Januszem Księskim i Leszkiem Kozikiem).

Czwórka z Croza: Leszek Kozik, Marek Olczyk, Krzysiek Dziubek i Janusz Księski Fot. Arch. Leszek KozikCzwórka z Croza: Leszek Kozik, Marek Olczyk, Krzysiek Dziubek i Janusz Księski Fot. Arch. Leszek Kozik

Spotkanie w CAF w Chamonix po przejściu Croza zimą Fot. Arch. Leszek KozikSpotkanie w CAF w Chamonix po przejściu Croza zimą Fot. Arch. Leszek Kozik

W górach Ameryki wspinał się z Jackiem Krawczykiem, razem robili między innymi pierwsze polskie przejście ściany Diamonda.

W Tatrach największym sukcesem Krzyśka, było zimowo-klasyczne przejście drogi Łapińskiego - Paszuchy na Kazalnicy wraz z Włodkiem Derdą , w czasach kiedy nie było takich czekanów jak dziś.

Co znaczą dziś te przejścia – pozostaną w kronikach historii polskiego wspinania. Dla nas, którzy znali Dziubka na co dzień, pozostanie w pamięci jako świetny kolega, pełen humoru kompan na wielu wyjazdach i imprezach klubowych.

Andrzej Marcisz


Outdoor Team logo

Część I:
http://www.portalgorski.pl/artykuly/7018-polski-grzebien-na-nartach-dolina-bialej-wody-wedrowka-retrospektywna-cz-i

Część II:
http://www.portalgorski.pl/artykuly/7019-polski-grzebien-na-nartach-dolina-bialej-wody-wedrowka-retrospektywna-cz-ii

Bajkowy widok dookoła Litworowego Stawu. Fot. Michał Przybysz

W kolejnych latach, było mi dane wielokrotnie wracać Doliną Białej Wody, zazwyczaj po przejściach graniowych schodziliśmy na naszą stronę do cywilizacji. Jednak droga w dół, od Polany pod Wysoką do Łysej Polany ciągle pozostawała „gehenną” wyrytą w podświadomości.

***

Siedziałem pod wiatą obozowiska na Polanie pod Wysoką, pięknie obudowaną bryłami śniegu, które tworzyły jakby lodowy wigwam. Spokojnie popijałem gorącą herbatę z termosu. Rozmyślałem sobie, ilu znamienitych wspinaczy siedziało tutaj i kiedy zbudowano tę wiatę.

Warunki śniegowe, jakie panowały w górach były bardzo dziwne? Na nartach szło się wyśmienicie, bez nich wpadało się głęboko, nawet po pas w śnieg. Piąłem się rytmicznie do góry, w godzinę później byłem ponad Kaczym Stawem. Fotografowałem, choć ciągle myślałem, że lepiej będzie podejść wyżej, skąd zdjęcia będą lepsze – ale obawa, że jak nadejdzie jakaś chmura i w międzyczasie zasłoni ścianę, lub zmieni się oświetlenie na gorsze kazało powtarzać sekwencje zdjęć co chwila. Tak doszedłem do moreny nad Litworowym Stawem. Od razu przypomniałem sobie cytat z przewodnika Józefa Nyki: widok stąd jest zdumiewający… i po raz kolejny mogłem tylko wyrazić moje uznanie, dla wiedzy i pracy jaką włożył w opracowanie swych przewodników po Tatrach, dawny redaktor Taternika.

Bajkowy widok dookoła Litworowego Stawu. Fot. Michał PrzybyszBajkowy widok dookoła Litworowego Stawu. Fot. Michał Przybysz

Kaczy Mur, zimą wygląda stąd szczególnie imponująco. Filar Ganku, Koryto Rumanowego. Są ciągle w moich planach i może kiedyś znajdę na nie czas. Dla mnie to jeden z najpiękniejszych zakątków w Tatrach. Możliwe, że otoczenie Morskie Oka jest najpiękniejsze ale te tłumy! Kaczy Mur, kocioł Czarnej Jaworowej, otoczenie Zielonego Stawu Kieżmarskiego w moim rankingu są na szpicy.

Kaczy Mur. Fot Andrzej MarciszKaczy Mur. Fot Andrzej Marcisz

Robię tu dziesiątki zdjęć, kręcąc się dookoła wszędzie jest coś co trzeba uwiecznić: Grań Hrubej Turni, Młynarz i jego grań od Młynarczyka, GGTW od Świstowego Szczytu po Rysy. Grań Litworowych Mnichów, (przeszedłem ją kilka tygodni temu).

Wyraźny ślad narciarski, prowadzi mnie dalej w górę. Zdziwiony jestem, że ktoś przede mną szedł na nartach niemal dwukrotnie szerszych i trudno mi zachować jego linię podejścia – jakby bardziej na wprost. Na szczęście nie tylko ja miałem z tym problem i w stromszych miejscach były też węższe zakosy! Dochodzę do Zmarzłego Stawu. Widzę szerokie lawinisko na stokach poniżej przełęczy Polskiego Grzebienia.

Polski Grzebień

***

Ponownie przychodzą złe wspomnienia. Dwójka moich klubowych kolegów Piotr Fastnacht i Janusz Księski, zimą 2001 roku postanowiła przejść się na wycieczkę Doliną Wielicką na Polski Grzebień i zejść Doliną Białej Wody. Przy zejściu nad Zmarzły Staw, obu porywa lawina. Piotrek płynie na plecach głową w dół i ma szczęście. Pęd lawiny przerzuca go na drugi koniec stawu gdzie zatrzymuje się na morenie. Lawinisko ma szerokość ze 200 metrów, wokół jest biało i nie widzi Janusza. Piotrek jest w tej sytuacji bezradny. Były to czasy, w których nie było jeszcze systemów ABS, detektorów lawinowych. Dzwoni po TOPR - śmigło przybywa bardzo szybko, za chwilę jest też drugi śmigłowiec ze Słowakami i oni przejmują akcję. Pies w kilkanaście sekund lokalizuje Janusza – jest pod zwałami śniegu na środku stawu. Niestety pod ciężarem lawiny załamała się tafla stawu, wydobycie Janusza jest bardzo trudne, ryzykowne i trwa blisko godzinę. Był pod powierzchnią wody. Utopił się - nawet nie próbują go reanimować…

Kiedy siedziałem w Jurgowie, pisząc ten tekst, zadzwonił mój telefon – patrzę na wyświetlacz i widzę napis FASTNACHT. Odebrałem dziś sporo telefonów od starych kolegów i domyślałem się dlaczego dzwoni… Słyszę: Cześć czy wiesz, że Krzysiek Dziubek nie żyje. Znałem już szczegóły śmierci Krzyśka, rozmowa przeszła w innym kierunku. Powiedziałem Piotrowi, że jego telefon jest dla mnie jakimś niewytłumaczalnym zbiegiem okoliczności, bo właśnie nosiłem się z zamiarem kontaktu z nim - chciałem poprosić go, aby narysował mi na zdjęciu miejsce, w którym zabrała ich lawina pod Polskim Grzebieniem.

Widok z Polskiego Grzebienia na północ i Zmarzły Staw na pierwszym planie. Fot. Michał PrzybyszWidok z Polskiego Grzebienia na północ i Zmarzły Staw na pierwszym planie. Fot. Michał Przybysz

***

Długo wpatruje się w rozległe strome zbocze pod granią, na której doskonale gołym okiem widzę charakterystyczny drogowskaz na Polskim Grzebieniu. Wcale mi się tam nie spieszy, jestem sam i przez cały dzień nie spotkałem nikogo. Postanawiam przejść kawałek granią w kierunku Hrubej Turni z przekonaniem, że stamtąd będzie lepszy widok. Dochodzę do miejsca, gdzie Horska Służba postawiła stację meteorologiczno-lawinową.

Polski Grzebień

Po powrocie do cywilizacji, napisałem do Tomka Nodzyńskiego – przewodnika i meteorologa w jednej postaci, ponieważ interesowała mnie umieszczona tam kamera? Szybko uzyskałem cenne informacje - na podstronie HZS, po zalogowaniu się (hasło i login jest podane: user!) uzyskuje się aktualne dane o pogodzie w Słowackich Tatrach z wielu miejsc, w większości są też kamerki internetowe. W ten sposób odkryłem wspaniałe narzędzie, pomocne w precyzyjnym planowaniu wyjść w Tatry. Bardzo polecam wszystkim tę stronę: http://meteo.hzs.sk/vdv.php?p=1

Na Polski Grzebień postanawiam wejść już na piechotę, zastawiam plecak i narty i błyskawicznie osiągnąłem przełęcz. Od wyjścia z Łysej Polany minęło jednak 7 godzin.

Na Polskim Grzebieniu o świcie w lipcu 2013 roku z Władkiem Vermessy przy rozpoznaniu Grani Tatr. Fot. Andrzej Marcisz

Znam stąd dobrze widoki, bateria w aparacie wyczerpała mi się już niżej, nic tu zatem po mnie. Pośpiesznie schodzę w dół, nad Stawem spotykam trójkę Słowaków idących na turach na Rohatkę.

Pierwszy raz droga w dół jest przyjemnością, powrót na Łysą Polanę zajmuje mi trzy godziny. W ostatnim czasie, w celach wspinaczkowo - fotograficznych Dolinę Białej Wody odwiedziłem jeszcze pięciokrotnie. Odkryłem, że wracam tu z przyjemnością a nużący dawniej marsz dnem doliny rekompensują: spokój, cisza i wspaniałe widoki. Wszystko, zaledwie nieopodal zatłoczonej do granic możliwości drogi do Morskiego Oka.

Widok z okolicy Litworowej Przechyby. Fot. Andrzej MarciszWidok z okolicy Litworowej Przechyby. Fot. Andrzej Marcisz

Biała Woda znad Gerlachowskich Spadów. Fot. Andrzej MarciszBiała Woda znad Gerlachowskich Spadów. Fot. Andrzej Marcisz

***

Na zakończenie kilka słów o Krzyśku Dziubku. Trudno było znaleźć zdjęcia, z początków jego wspinania. Wielu kolegów szukało, ale w końcu coś mamy.

Krzysiek Dziubek

Krzysiek Dziubek na początku drogi wspinaczkowej w Tatrach. Fot. Tadek PęskiKrzysiek Dziubek na początku drogi wspinaczkowej w Tatrach. Fot. Tadek Pęski

Krzysiek był ode mnie nieco starszy, choć później zaczął się wspinać. Naszą krakowską grupę wspinaczy, która na początku lat osiemdziesiątych zaczęła przygody ze skałą, nazwano Nową Falą. Dzisiaj, niektórzy z nas, powoli dobijają do sześćdziesiątego roku życia. Duża część z tego pokolenia nie wspina się już w ogóle, garstka rekreacyjnie, ale kilku może ciągle zachowuje formę, by robić cyfrę, która kiedyś uchodziła za „magiczne VI.5”. Cześć z nich odeszła na zawsze:

Piotrek Lose zginął w Alpach na Petit Dru, na tym zdjęciu z 1980 roku wspina się na Korosadowiczu na Kazalnicy. Fot. Mirosław MąkaPiotrek Lose zginął w Alpach na Petit Dru, na tym zdjęciu z 1980 roku wspina się na Korosadowiczu na Kazalnicy. Fot. Mirosław Mąka

Katarzyna Sapyta zginęła na Aiguille du Verte - na zdjęciu pod Zjazdową Turnią fot. Leszek KozikKatarzyna Sapyta zginęła na Aiguille du Verte - na zdjęciu pod Zjazdową Turnią fot. Leszek Kozik

Staszek Bagiński zginął na Aiguille de Blaitière. Fot. Joanna Wiglusz, arch. Jacek OstaszewskiStaszek Bagiński zginął na Aiguille de Blaitière. Fot. Joanna Wiglusz, arch. Jacek Ostaszewski

Janusz Księski zginął w lawinie pod Polskim Grzebieniem. Fot. Jacek OstaszewskiJanusz Księski zginął w lawinie pod Polskim Grzebieniem. Fot. Jacek Ostaszewski

Staszek Kalita zmarł śmiercią naturalną, miał problemy sercowe, na zdjęciu powyżej: zawody pod Brandysową, czerwiec 1984 roku – od lewej - Ryszard Riko Malczyk, Andrzej Marcisz, Beta Stano, Staszek Kalita i Zbigniew Czyżewski Małolat Fot. Jacek OstaszewskiStaszek Kalita zmarł śmiercią naturalną, miał problemy sercowe, na zdjęciu powyżej: zawody pod Brandysową, czerwiec 1984 roku – od lewej - Ryszard Riko Malczyk, Andrzej Marcisz, Beta Stano, Staszek Kalita i Zbigniew Czyżewski Małolat Fot. Jacek Ostaszewski

Joanna Wiglusz/Bagińska/Wolf/Szczerba również w lawinie, na nartach w okolicy Kalatówek. Fot. Staszek Bagiński, arch. Jacek OstaszewskiJoanna Wiglusz/Bagińska/Wolf/Szczerba również w lawinie, na nartach w okolicy Kalatówek. Fot. Staszek Bagiński, arch. Jacek Ostaszewski

Lubomir Prokopek, zmarł na atak serca w Paryżu, gdzie był przedstawicielem LOT. Fot. Jacek OstaszewskiLubomir Prokopek, zmarł na atak serca w Paryżu, gdzie był przedstawicielem LOT. Fot. Jacek Ostaszewski

Teraz dołączył do nich Krzysiek Dziubek.

Był sprawnym wspinaczem skałkowym, choć zdecydowanie bardziej pociągały go Góry. Tutaj odniósł swoje największe sukcesy. Spektakularne było pierwsze polskie przejście drogi Maestriego „przez kompresor” z wejściem na sam szczyt śnieżnego grzyba Cerro Torre – jednej z najpiękniejszych gór na świecie, marzeniu chyba każdego alpinisty. Dokonał tego w zespole z Markiem Olczykiem, który kilka lat temu miał poważny wypadek samochodowy – nad ranem na drogę wybiegł mu jeleń – w wyniku zderzenia uszkodził mu kręgosłup. Marek do dzisiaj walczy, by móc zrobić kilka kroków o własnych siłach.

Marek Olczyk na Torre Venezia – Marku, życzymy Ci powrotu do zdrowia. Fot. Jacek OstaszewskiMarek Olczyk na Torre Venezia – Marku, życzymy Ci powrotu do zdrowia. Fot. Jacek Ostaszewski

Krzysiek miał również na koncie pierwsze polskie przejście zimowe Filara Croza na Grandes Jorrasses (również z Markiem Olczykiem oraz z Januszem Księskim i Leszkiem Kozikiem).

Czwórka z Croza: Leszek Kozik, Marek Olczyk, Krzysiek Dziubek i Janusz Księski Fot. Arch. Leszek KozikCzwórka z Croza: Leszek Kozik, Marek Olczyk, Krzysiek Dziubek i Janusz Księski Fot. Arch. Leszek Kozik

Spotkanie w CAF w Chamonix po przejściu Croza zimą Fot. Arch. Leszek KozikSpotkanie w CAF w Chamonix po przejściu Croza zimą Fot. Arch. Leszek Kozik

W górach Ameryki wspinał się z Jackiem Krawczykiem, razem robili między innymi pierwsze polskie przejście ściany Diamonda.

W Tatrach największym sukcesem Krzyśka, było zimowo-klasyczne przejście drogi Łapińskiego - Paszuchy na Kazalnicy wraz z Włodkiem Derdą , w czasach kiedy nie było takich czekanów jak dziś.

Co znaczą dziś te przejścia – pozostaną w kronikach historii polskiego wspinania. Dla nas, którzy znali Dziubka na co dzień, pozostanie w pamięci jako świetny kolega, pełen humoru kompan na wielu wyjazdach i imprezach klubowych.

 

 

Andrzej Marcisz


Outdoor Team logo

Część I:
http://www.portalgorski.pl/artykuly/7018-polski-grzebien-na-nartach-dolina-bialej-wody-wedrowka-retrospektywna-cz-i

Część II:
http://www.portalgorski.pl/artykuly/7019-polski-grzebien-na-nartach-dolina-bialej-wody-wedrowka-retrospektywna-cz-ii

Rok 1981 zaczęliśmy z Tomkiem Klimczykiem wyśmienicie – zrobiliśmy pierwsze zimowe przejście Hematytówki na Raptawickim Murze a 4 kwietnia przeszliśmy jako pierwsi klasycznie Szare Zacięcie na Raptawickiej Turni – stała się wówczas najtrudniejszą drogą w Tatrach Polskich – trudności oceniliśmy na „VIII-" – była to inauguracja tego stopnia w Tatrach.

Kolejny mój pobyt w Białej Wodzie należał do równie egzotycznych.

Polski Grzebień - na nartach Doliną Białej Wody. Wędrówka retrospektywna – cz IIJedno z najpiękniejszych miejsc widokowych na Dolinę Białej Wody - z Kaczej Turni. Fot. Andrzej Marcisz

Polski Grzebień - na nartach Doliną Białej Wody. Wędrówka retrospektywna – cz IIJak widać, nie były to czasy polarów, softshelli, primaloftów i goretexów. Fot. Jan Świder

W 1981 roku w środku lata wróciłem z Kaukazu z obozu PZA. Były to ciężkie czasy PRL-u dla nas wszystkich. W Kieżmarskiej był obóz mojego klubu, do którego postanowiłem dołączyć. Wiem, że dla wielu młodych osób, które to teraz czytają, może się to wydać niewiarygodne. Jednak, kiedy obóz się kończył chcieliśmy wszyscy przenieść się na tabor do Morskiego Oka. W Polsce, jedzenie było na kartki, sklepy puste. Na Słowacji, nie było takiego problemu, szczególnie, że mieliśmy duże dofinasowania klubowe. Nie pamiętam już dokładnie, ale chyba Jacek Kozaczkiewicz – Koza, zaproponował, aby kupić dwa duże plecaki żarcia i przemycić je przez granicę – bo oficjalnie przecież nam tyle jedzenia nie przepuszczą. Na granicy w Łysej – na której kontrola należała do szczególnie złośliwych, zarówno po stronie polskiej jak i Czechosłowackiej, zawsze rozpakowywano nam plecaki do spodu!

Kombinowaliśmy, którędy najłatwiej będzie iść z przemytem. Wszyscy byli jednomyślni, że najlepiej będzie przez Wantę z Łysej, jednak to był też najniebezpieczniejszy wariant – baliśmy się, że mogą nas zauważyć z przejścia granicznego, albo lotny patrol może nas wylegitymować na początku Białej Wody. Rozważaliśmy wariant, bezpieczny tzn szlak kurierski przez Dolinę Cichą i Zawory, choć Koza – stary przemytnik odradzał, że to za daleko od Moka. Przez „wantę”, było krótko, szybko i lądowaliśmy od razu na taborisku. Plecaki miały ważyć po 35-40 kilogramów, dlatego wybraliśmy takie rozwiązanie. Koza zgłosił się na ochotnika, jak to on – zawsze honorowy. Ja znałem przejście, miałem parę do chodzenia z ciężkim worem po Kaukazie. Z Kozą tworzyliśmy zgrany zespół, który świetnie się bilansował, mimo, że był ode mnie dziesięć lat starszy -takie połączenie siły doświadczenia i entuzjazmu młodości! Przemyt zaplanowaliśmy w szczegółach! Grupa poszła zrobić zakupy. Później my przejęliśmy plecaki – były to dwa wielkie klubowe, przepastne wory na aluminiowych stelażach, których używali w klubie podczas wielu wypraw w Hindukusz. Wsiedliśmy do autobusu na Łysą Polanę jakbyśmy się nie znali. Tak samo po dotarciu, wszyscy poszli w kierunku przejścia granicznego, natomiast my poczekaliśmy chwilę i ruszyliśmy bez słowa w dolinę…

Udało się. Z perspektywy czasu nie mam czego żałować. Wysiłek i ryzyko opłacało się a dzięki temu prowiantowi, dotrwaliśmy do końca wakacji, pod koniec których wraz z Jackiem Kazaczkiewiczem zrobiliśmy przejście sezonu – pierwsze klasycznie powtórzenie, Symfonii Klasycznej na Kazalnicy – drogę Zbigniewa Małolata Czyżewskiego, mającą największy ciąg trudności klasycznych, sięgających „VII-" uważaną wtedy za najtrudniejszą w Tatrach!

Polski Grzebień - na nartach Doliną Białej Wody. Wędrówka retrospektywna – cz IIPo zakończeniu sezonu tatrzańskiego w 1981 roku, pojechaliśmy na Międzynarodowe Zawody we Wspinaniu na Czas na Węgry. Tak prezentowała się reprezentacja Polski w strojach „dowolnych”, jakie wówczas były w dostępności. Choć wszyscy oczywiście w nieśmiertelnych „korkerach”. Od lewej: Krzysztof Pankiewicz, Andrzej Marcisz, Aleksander Lwow i Janusz Nabrdalik.

 ***

W okolicach 2000 roku, wybrałem się zimą na odświeżenie widoków w Białej Wodzie. Trafiłem wówczas na zupełnie inne warunki, droga doliną była wylodzona i trudno się po niej szło. Dreptałem w miękkich podejściówkach a zimowe buty, raki i dziabki niosłem w plecaku. Chciałem podejść pod Galerię Gankową, na której nigdy się nie wspinałem – ba!, nawet nie widziałem jej z bliska.

Na końcu Polany Biała Woda z lasu wyłonił się wielki jak niedźwiedź, ubrany na zielono leśnik. Od razu skojarzyłem jego sylwetkę. Nie czekając aż podejdzie do mnie, odezwałem się pierwszy: Pan to musi być słynny Martin, wiele o Panu słyszałem, że jest Pan tu postrachem wśród turystów i wspinaczy!

- A Pan to kto?

- Ja jestem takim emerytowanym wspinaczem, mam tu swoją drogę na Małym Młynarzu, chciałem zobaczyć ja to wygląda od tej strony. Dawniej, zawsze przychodziłem się tu wspinać wprost z Morskiego Oka!

Sam nie jestem taki mały, ale gość przed którym stałem był iście olbrzymich rozmiarów. Spostrzegłem, że moje prawdziwe wyznanie troszkę go zatkało.

A jak wasze meno, zapytał wpatrzony w moje adidasy, ślizgające się na zalodzonej powierzchni drogi.

- Andrzej Marcisz – odparłem

- I w takich butach idziesz w góry zimą?

Zdjąłem plecak i wyciągnąłem z niego moje koflachy z overbootami berghausa, dwie dziabki Grivela i raki. Znów zobaczyłem zdziwienie w jego oczach, wziął do ręki jednego buta i z uznaniem pokiwał głową, że jemu też by się takie przydały.

Zapytał mnie czy wiem, że u nich obowiązuje zakaz chodzenia zimą?

- A ja na to, że przecież taternicy mogą się wspinać?

- Ale mówisz, że idziesz – ino pozrit?

- Ale sprzęt mam, jakbym coś ciekawego wypatrzył, jakiś fajny lód to może się wespnę!

- Ale jest po południu, niedługo będzie ciemno?

- Mnie to nie wadi, mam dobrą czołówkę!

I tak przekomarzaliśmy się po „polsko-słowacku”, aż w końcu zrezygnowany machnął ręką i kazał mi iść!

Przy resztach światła dziennego, szedłem po stawie w Dolinie Ciężkiej. Było późno i ścianę Galerii oglądnąłem z oddali – zionęła monumentalną czernią, trudno było dostrzec jakiekolwiek szczegóły topograficzne. Wiało grobowym chłodem i szybko opuściłem to miejsce. Na Progu Ciężkiej były trudne warunki, mało śniegu i bardzo duże zalodzenie, wolałem schodzić jeszcze na widno. Znów „przeklęta” dolina nie chciała się skończyć, przy świetle czołówki trudno mi było zorientować się gdzie dokładnie jestem.

Polski Grzebień - na nartach Doliną Białej Wody. Wędrówka retrospektywna – cz IIMały Ganek, z Gankową Galerią poniżej fot. Andrzej Marcisz

 ***

Moje skitourowe narty przesuwały się wolno, co chwilę był widok, który chciałem uwiecznić na matrycy aparatu. Warunki marzenie, lekki mrozik, błękitne niebo. Skrzypiący śnieg pod naciskiem nart. Powtarzający się miarowy dźwięk – szu, szu, szu. Dookoła piętrzące się strome zbocza. Granie, szczyty, które teraz znam. Dysponuje nowym, bardziej zaawansowanym technologicznie sprzętem fotograficznym – dlatego warto powtórzyć każdy kadr – a nóż będzie lepszy, wyraźniejszy i pokażą się na nim szczegóły, niewidoczne na wcześniejszych ujęciach. Do charakterystycznej wielkiej wanty u stóp Młynarczyka docieram po przeszło dwóch i pół godzinie. Ale gdzie się spieszyć – cel główny - zrobić lepsze ujęcia Głównej Grani Tatr Wysokich niż posiadam – zazwyczaj z innych grani.

Polski Grzebień - na nartach Doliną Białej Wody. Wędrówka retrospektywna – cz II

Zatrzymuje się tu dłużej, słońce oświetla wschodnią ścianę Młynarczyka, widzę jak siedzę na tej wancie z Władkiem Vermessy, Maciek Pawlik robi nam zdjęcie i jest rok 2011 – mówię – Władek zdajesz sobie sprawę, że ostatni raz, byliśmy tu razem w sierpniu 1979 roku! 32 lata temu – ja miałem wtedy niespełna 18 lat a Ty 20… A Władek: a my wciąż tacy piękni… a Maciek: choć wcale nie tacy już młodzi!

Polski Grzebień - na nartach Doliną Białej Wody. Wędrówka retrospektywna – cz IIPod wschodnią ścianą Młynarczyka, w drodze na Galerię Ganku Fot. Maciej Pawlik

Z Władkiem i Maćkiem jesteśmy przyjaciółmi na złe i dobre odkąd zaczęliśmy się wspinać. To blisko już czterdzieści lat wspólnych wspinaczek, wyjazdów, imprez. Tysiące wspomnień z różnych okresów życia. Podczas jednego ze spotkań z rodzaju „przy muzyce o sporcie” – uradziliśmy, że nie godzi się, aby tacy taternicy jak my – czytaj – WIELCY sic! nie robili ściany Galerii Gankowej. Od słowa do słowa (czytaj od drinka do drinka) staliśmy teraz pod Młynarczykiem.

Polski Grzebień - na nartach Doliną Białej Wody. Wędrówka retrospektywna – cz IIWschodnia ściana Młynarczyka, w tle masyw Wysokiej. Fot Andrzej Marcisz

Podejście się ciągnęło, ale miało być najtrudniejszą częścią wyprawy. Przyspieszyliśmy, gdy złapałem się pierwszych chwytów na Filarze Puskasa, wiodącej prawym skrajem Galerii Gankowej – drogi, która jest najdłużej oświetlona, wiedzie wypukłą formacją i daje nadzieję wspinania się w suchej skale. Wspinało się nam świetnie i szybko zdobywaliśmy wysokość.

Polski Grzebień - na nartach Doliną Białej Wody. Wędrówka retrospektywna – cz IIHumory dopisywały, szczególnie, że w pewnym momencie wanta, na której stoję zaczęła się kołysać Fot. Władysław Vermessy

Przed wyjściem na samą Galerię trafiłem jednak na ściek wodny, skała była nadzwyczaj śliska. Musiałem trochę powalczyć – tatrzańska piątka jak ścianą płynie woda potrafi być wymagająca.

Polski Grzebień - na nartach Doliną Białej Wody. Wędrówka retrospektywna – cz IINa skraju Galerii nie tak łatwo założyć stanowisko, Władek szybko przelicza, że pętla założona jest za kamień, który waży więcej niż cała nasza trójka - musi wytrzymać i to wystarczające stanowisko, które działa w dół ;-) – Maciek śmieje się, że chyba takich trzech chudzielców jak my a nie takich trzech jak on! Fot. Władysław Vermessy

Na Galerii skończyła się jednak sielankowa przygoda. Jakby historia lubiła się powtarzać. Maciek szybko opadał z sił. Mieliśmy jednak spory zapas czasowy, wszystko wydawało się pod kontrolą. Wolno schodziliśmy w kierunku Pustej Ławki. W połowie zejścia uradziliśmy, że ja zejdę szybciej i zabiorę plecaki, które zostawiliśmy pod ścianą, a Władek będzie asekurował Maćka, który czuł się słabiej z minuty na minutę.

Czas biegł jakby szybciej, wróciłem spod ściany na Pustą Ławkę z plecakami, a ich jeszcze nie było. Już na Galerii skończyło nam się picie, wszyscy byliśmy spragnieni. Na szczęście chwilę później pojawili się Władek z Maćkiem. Zejście do Kaczego Stawu było nieprzyjemne, strome i śliskie trawy, później kruchy żleb i piarżysko. Nad Kaczym Stawem Maciek słaniał się nieco na nogach, ale uzupełniliśmy płyny i wolno kontynuowaliśmy powrót. I znów ta „dolina jak Wołga”, bez końca… po 17 godzinach akcji górskiej wykończeni, byliśmy przy aucie. Czuliśmy się znów szczęśliwi, jakby czas cofnął się o 30 lat…

Andrzej Marcisz


Outdoor Team logo

 

Część I:
http://www.portalgorski.pl/patronaty/bergans-team/7022-polski-grzebien-na-nartach-dolina-bialej-wody-wedrowka-retrospektywna-cz-i

Część III:
http://www.portalgorski.pl/patronaty/bergans-team/7040-polski-grzebien-na-nartach-dolina-bialej-wody-wedrowka-retrospektywna-cz-iii

Humory dopisywały, szczególnie, że w pewnym momencie wanta, na której stoję zaczęła się kołysać  Fot. Władysław Vermessy

Rok 1981 zaczęliśmy z Tomkiem Klimczykiem wyśmienicie – zrobiliśmy pierwsze zimowe przejście Hematytówki na Raptawickim Murze a 4 kwietnia przeszliśmy jako pierwsi klasycznie Szare Zacięcie na Raptawickiej Turni – stała się wówczas najtrudniejszą drogą w Tatrach Polskich – trudności oceniliśmy na „VIII-" – była to inauguracja tego stopnia w Tatrach.

Kolejny mój pobyt w Białej Wodzie należał do równie egzotycznych.

W 1981 roku w środku lata wróciłem z Kaukazu z obozu PZA. Były to ciężkie czasy PRL-u dla nas wszystkich. W Kieżmarskiej był obóz mojego klubu, do którego postanowiłem dołączyć. Wiem, że dla wielu młodych osób, które to teraz czytają, może się to wydać niewiarygodne. Jednak, kiedy obóz się kończył chcieliśmy wszyscy przenieść się na tabor do Morskiego Oka. W Polsce, jedzenie było na kartki, sklepy puste. Na Słowacji, nie było takiego problemu, szczególnie, że mieliśmy duże dofinasowania klubowe. Nie pamiętam już dokładnie, ale chyba Jacek Kozaczkiewicz – Koza, zaproponował, aby kupić dwa duże plecaki żarcia i przemycić je przez granicę – bo oficjalnie przecież nam tyle jedzenia nie przepuszczą. Na granicy w Łysej – na której kontrola należała do szczególnie złośliwych, zarówno po stronie polskiej jak i Czechosłowackiej, zawsze rozpakowywano nam plecaki do spodu!

Polski Grzebień - na nartach Doliną Białej Wody. Wędrówka retrospektywna – cz IIJak widać, nie były to czasy polarów, softshelli, primaloftów i goretexów. Fot. Jan Świder

Kombinowaliśmy, którędy najłatwiej będzie iść z przemytem. Wszyscy byli jednomyślni, że najlepiej będzie przez Wantę z Łysej, jednak to był też najniebezpieczniejszy wariant – baliśmy się, że mogą nas zauważyć z przejścia granicznego, albo lotny patrol może nas wylegitymować na początku Białej Wody. Rozważaliśmy wariant, bezpieczny tzn szlak kurierski przez Dolinę Cichą i Zawory, choć Koza – stary przemytnik odradzał, że to za daleko od Moka. Przez „wantę”, było krótko, szybko i lądowaliśmy od razu na taborisku. Plecaki miały ważyć po 35-40 kilogramów, dlatego wybraliśmy takie rozwiązanie. Koza zgłosił się na ochotnika, jak to on – zawsze honorowy. Ja znałem przejście, miałem parę do chodzenia z ciężkim worem po Kaukazie. Z Kozą tworzyliśmy zgrany zespół, który świetnie się bilansował, mimo, że był ode mnie dziesięć lat starszy -takie połączenie siły doświadczenia i entuzjazmu młodości! Przemyt zaplanowaliśmy w szczegółach! Grupa poszła zrobić zakupy. Później my przejęliśmy plecaki – były to dwa wielkie klubowe, przepastne wory na aluminiowych stelażach, których używali w klubie podczas wielu wypraw w Hindukusz. Wsiedliśmy do autobusu na Łysą Polanę jakbyśmy się nie znali. Tak samo po dotarciu, wszyscy poszli w kierunku przejścia granicznego, natomiast my poczekaliśmy chwilę i ruszyliśmy bez słowa w dolinę…

Udało się. Z perspektywy czasu nie mam czego żałować. Wysiłek i ryzyko opłacało się a dzięki temu prowiantowi, dotrwaliśmy do końca wakacji, pod koniec których wraz z Jackiem Kazaczkiewiczem zrobiliśmy przejście sezonu – pierwsze klasycznie powtórzenie, Symfonii Klasycznej na Kazalnicy – drogę Zbigniewa Małolata Czyżewskiego, mającą największy ciąg trudności klasycznych, sięgających „VII-" uważaną wtedy za najtrudniejszą w Tatrach!

Polski Grzebień - na nartach Doliną Białej Wody. Wędrówka retrospektywna – cz IIPo zakończeniu sezonu tatrzańskiego w 1981 roku, pojechaliśmy na Międzynarodowe Zawody we Wspinaniu na Czas na Węgry. Tak prezentowała się reprezentacja Polski w strojach „dowolnych”, jakie wówczas były w dostępności. Choć wszyscy oczywiście w nieśmiertelnych „korkerach”. Od lewej: Krzysztof Pankiewicz, Andrzej Marcisz, Aleksander Lwow i Janusz Nabrdalik.

 ***

W okolicach 2000 roku, wybrałem się zimą na odświeżenie widoków w Białej Wodzie. Trafiłem wówczas na zupełnie inne warunki, droga doliną była wylodzona i trudno się po niej szło. Dreptałem w miękkich podejściówkach a zimowe buty, raki i dziabki niosłem w plecaku. Chciałem podejść pod Galerię Gankową, na której nigdy się nie wspinałem – ba!, nawet nie widziałem jej z bliska.

Na końcu Polany Biała Woda z lasu wyłonił się wielki jak niedźwiedź, ubrany na zielono leśnik. Od razu skojarzyłem jego sylwetkę. Nie czekając aż podejdzie do mnie, odezwałem się pierwszy: Pan to musi być słynny Martin, wiele o Panu słyszałem, że jest Pan tu postrachem wśród turystów i wspinaczy!

- A Pan to kto?

- Ja jestem takim emerytowanym wspinaczem, mam tu swoją drogę na Małym Młynarzu, chciałem zobaczyć ja to wygląda od tej strony. Dawniej, zawsze przychodziłem się tu wspinać wprost z Morskiego Oka!

Sam nie jestem taki mały, ale gość przed którym stałem był iście olbrzymich rozmiarów. Spostrzegłem, że moje prawdziwe wyznanie troszkę go zatkało.

A jak wasze meno, zapytał wpatrzony w moje adidasy, ślizgające się na zalodzonej powierzchni drogi.

- Andrzej Marcisz – odparłem

- I w takich butach idziesz w góry zimą?

Zdjąłem plecak i wyciągnąłem z niego moje koflachy z overbootami berghausa, dwie dziabki Grivela i raki. Znów zobaczyłem zdziwienie w jego oczach, wziął do ręki jednego buta i z uznaniem pokiwał głową, że jemu też by się takie przydały.

Zapytał mnie czy wiem, że u nich obowiązuje zakaz chodzenia zimą?

- A ja na to, że przecież taternicy mogą się wspinać?

- Ale mówisz, że idziesz – ino pozrit?

- Ale sprzęt mam, jakbym coś ciekawego wypatrzył, jakiś fajny lód to może się wespnę!

- Ale jest po południu, niedługo będzie ciemno?

- Mnie to nie wadi, mam dobrą czołówkę!

I tak przekomarzaliśmy się po „polsko-słowacku”, aż w końcu zrezygnowany machnął ręką i kazał mi iść!

Przy resztach światła dziennego, szedłem po stawie w Dolinie Ciężkiej. Było późno i ścianę Galerii oglądnąłem z oddali – zionęła monumentalną czernią, trudno było dostrzec jakiekolwiek szczegóły topograficzne. Wiało grobowym chłodem i szybko opuściłem to miejsce. Na Progu Ciężkiej były trudne warunki, mało śniegu i bardzo duże zalodzenie, wolałem schodzić jeszcze na widno. Znów „przeklęta” dolina nie chciała się skończyć, przy świetle czołówki trudno mi było zorientować się gdzie dokładnie jestem.

Polski Grzebień - na nartach Doliną Białej Wody. Wędrówka retrospektywna – cz IIMały Ganek, z Gankową Galerią poniżej fot. Andrzej Marcisz

 ***

Moje skitourowe narty przesuwały się wolno, co chwilę był widok, który chciałem uwiecznić na matrycy aparatu. Warunki marzenie, lekki mrozik, błękitne niebo. Skrzypiący śnieg pod naciskiem nart. Powtarzający się miarowy dźwięk – szu, szu, szu. Dookoła piętrzące się strome zbocza. Granie, szczyty, które teraz znam. Dysponuje nowym, bardziej zaawansowanym technologicznie sprzętem fotograficznym – dlatego warto powtórzyć każdy kadr – a nóż będzie lepszy, wyraźniejszy i pokażą się na nim szczegóły, niewidoczne na wcześniejszych ujęciach. Do charakterystycznej wielkiej wanty u stóp Młynarczyka docieram po przeszło dwóch i pół godzinie. Ale gdzie się spieszyć – cel główny - zrobić lepsze ujęcia Głównej Grani Tatr Wysokich niż posiadam – zazwyczaj z innych grani.

Polski Grzebień - na nartach Doliną Białej Wody. Wędrówka retrospektywna – cz II

Zatrzymuje się tu dłużej, słońce oświetla wschodnią ścianę Młynarczyka, widzę jak siedzę na tej wancie z Władkiem Vermessy, Maciek Pawlik robi nam zdjęcie i jest rok 2011 – mówię – Władek zdajesz sobie sprawę, że ostatni raz, byliśmy tu razem w sierpniu 1979 roku! 32 lata temu – ja miałem wtedy niespełna 18 lat a Ty 20… A Władek: a my wciąż tacy piękni… a Maciek: choć wcale nie tacy już młodzi!

Polski Grzebień - na nartach Doliną Białej Wody. Wędrówka retrospektywna – cz IIPod wschodnią ścianą Młynarczyka, w drodze na Galerię Ganku Fot. Maciej Pawlik

Z Władkiem i Maćkiem jesteśmy przyjaciółmi na złe i dobre odkąd zaczęliśmy się wspinać. To blisko już czterdzieści lat wspólnych wspinaczek, wyjazdów, imprez. Tysiące wspomnień z różnych okresów życia. Podczas jednego ze spotkań z rodzaju „przy muzyce o sporcie” – uradziliśmy, że nie godzi się, aby tacy taternicy jak my – czytaj – WIELCY sic! nie robili ściany Galerii Gankowej. Od słowa do słowa (czytaj od drinka do drinka) staliśmy teraz pod Młynarczykiem.

Polski Grzebień - na nartach Doliną Białej Wody. Wędrówka retrospektywna – cz IIWschodnia ściana Młynarczyka, w tle masyw Wysokiej. Fot Andrzej Marcisz

Podejście się ciągnęło, ale miało być najtrudniejszą częścią wyprawy. Przyspieszyliśmy, gdy złapałem się pierwszych chwytów na Filarze Puskasa, wiodącej prawym skrajem Galerii Gankowej – drogi, która jest najdłużej oświetlona, wiedzie wypukłą formacją i daje nadzieję wspinania się w suchej skale. Wspinało się nam świetnie i szybko zdobywaliśmy wysokość.

Polski Grzebień - na nartach Doliną Białej Wody. Wędrówka retrospektywna – cz IIHumory dopisywały, szczególnie, że w pewnym momencie wanta, na której stoję zaczęła się kołysać Fot. Władysław Vermessy

Przed wyjściem na samą Galerię trafiłem jednak na ściek wodny, skała była nadzwyczaj śliska. Musiałem trochę powalczyć – tatrzańska piątka jak ścianą płynie woda potrafi być wymagająca.

Polski Grzebień - na nartach Doliną Białej Wody. Wędrówka retrospektywna – cz IINa skraju Galerii nie tak łatwo założyć stanowisko, Władek szybko przelicza, że pętla założona jest za kamień, który waży więcej niż cała nasza trójka - musi wytrzymać i to wystarczające stanowisko, które działa w dół ;-) – Maciek śmieje się, że chyba takich trzech chudzielców jak my a nie takich trzech jak on! Fot. Władysław Vermessy

Na Galerii skończyła się jednak sielankowa przygoda. Jakby historia lubiła się powtarzać. Maciek szybko opadał z sił. Mieliśmy jednak spory zapas czasowy, wszystko wydawało się pod kontrolą. Wolno schodziliśmy w kierunku Pustej Ławki. W połowie zejścia uradziliśmy, że ja zejdę szybciej i zabiorę plecaki, które zostawiliśmy pod ścianą, a Władek będzie asekurował Maćka, który czuł się słabiej z minuty na minutę.

Czas biegł jakby szybciej, wróciłem spod ściany na Pustą Ławkę z plecakami, a ich jeszcze nie było. Już na Galerii skończyło nam się picie, wszyscy byliśmy spragnieni. Na szczęście chwilę później pojawili się Władek z Maćkiem. Zejście do Kaczego Stawu było nieprzyjemne, strome i śliskie trawy, później kruchy żleb i piarżysko. Nad Kaczym Stawem Maciek słaniał się nieco na nogach, ale uzupełniliśmy płyny i wolno kontynuowaliśmy powrót. I znów ta „dolina jak Wołga”, bez końca… po 17 godzinach akcji górskiej wykończeni, byliśmy przy aucie. Czuliśmy się znów szczęśliwi, jakby czas cofnął się o 30 lat…

Andrzej Marcisz


Outdoor Team logo

 

Zdecydowanie mógłbym o sobie myśleć, że jestem urodzonym wspinaczem. W żadnym wypadku nie mogę tego powiedzieć o jeździe na nartach. Tym bardziej o bardzo modnej od kilku lat również w Polsce odmianie narciarstwa określanego skituringiem.

Polski Grzebień - na nartach Doliną Białej Wody. Wędrówka retrospektywna – cz IDolina Białej Wody widziana z Podhala, fot. Jacek Mrugacz

Około roku 1987 kupiłem sobie jednak taki komplet, z myślą o wspinaczkach zimowych w Alpach i Kaukazie. Królowały wówczas legendarne Silveretty, mocowane do nart z dziurką na szpicy. Jednak życie moje potoczyło się innym torem, wpadłem w machinę rodzącego się sportu wspinaczkowego. Narty z tymi wiązaniami przestawiałem z kąta w kąt i do dzisiaj wyglądają jak „nówki nie śmigane”.

W 2006 roku byłem zimą w Dolomitach ze znajomymi, wielkimi pasjonatami narciarstwa. Łukasz, jeden z nich, namówił mnie na turę na Marmoladę – sam nigdy nie chodził w rakach – mówił – wyprowadź mnie tam a ja poprowadzę cię na nartach!

Polski Grzebień - na nartach Doliną Białej Wody. Wędrówka retrospektywna – cz I

Taki już jestem, lubię ciekawe wyzwania i szybko dobiliśmy dealu. Pożyczyłem stosowne narty i poszliśmy. W większości na nartach, pod koniec troszkę się wspinając weszliśmy na wierzchołek Marmolada Punta di Penia. Kiedy spojrzałem w kierunku zjazdu, do dzisiaj dokładnie pamiętam co powiedziałem – ”Łukasz, ty jesteś teraz w domu, ale ja mam przechlapane”!

Zjechałem. Łukasz wywiązał się z zobowiązania, ale wydało mi się to bardzo niebezpieczne i zdecydowałem, że wolę wspinanie, a narty w wersji wyciąg/trasa.

Polski Grzebień - na nartach Doliną Białej Wody. Wędrówka retrospektywna – cz IŁukasz Zieliński kuluarze na pn ścianie Marmolady fot. Andrzej Marcisz

Kiedy poprzez wędrówki tatrzańskimi graniami związałem się z firmą Salewa, kupiłem topowe buciki Dynafit Tlt6 do mojego „dawnego kompletu z silverettami. Moja żona śmiała się, że, pasują do niego jedynie kolorystycznie – faktycznie, miałem kanarkowo żółte „kredki” - Fischer Skitour, 195 cm długości!
Na wszelki wypadek zabrałem te narty do rekomendowanego serwisu w Krakowie na ulicy Halczyna. Charyzmatyczny szef serwisu, legenda polskiego skituringu rozwiał wszelkie moje obawy – „masz pan niezniszczalny sprzęt – sam takich wiązań używam do dziś. Wiązania w takim stanie to zupełny rarytas. Dam panu nowy klej na foki i na tym zestawie będzie pan jeździł jeszcze latami!”

Miałem lekką nadzieję, że powie, że to złom i będzie powód do zakupu czegoś nowszego. Tak, utwierdziłem się, że na tych nartach na pewno da się bezpiecznie podchodzić.

W Jurgowie na stoku śmigałem po pięć razy w górę i dół. Moje narty wzbudzały na stoku duże zaciekawienie. Byłem gotowy, by pójść gdzieś w Tatry. Akurat Kacper Tekieli zamieścił w necie notkę, że w Białej Wodzie są niezłe warunki narciarskie, i spod Polany pod Wysoką zjechał na nartach na Łysą Polanę praktycznie nie odpychając się kijkami.

Pojawiła się szansa na powrót Białą Wodą w sposób, którego nie będę przeklinał - nigdy nie lubiłem ani tego podejścia, a już w czasie powrotów był on dla mnie prawdziwą katorgą.

Z Łysej wystartowałem jeszcze po ciemku, chciałem robić zdjęcia Grani Tatr, a zapowiadał się piękny dzień. Szybko się okazało, że na tych nartach wcale mi się tak szybko nie podchodzi. Ale nie martwiło mnie to wcale, przystawałem i robiłem zdjęcia, próbowałem rozpoznawać znane mi ścieżki. Minąłem lodospady, które obecnie stały się prawdziwą mekką wspinania lodowego, ze względu na krótkie podejście i bliskość polskiej strony. Kilka lat temu również wkręciłem się w lodowe wspinanie – postęp technologiczny w sprzęcie do lodu, który nastąpił sprawił, że wspinanie lodowe przeżyło nieprawdopodobny bum, co w połączeniu z nową dyscypliną wspinaczkową nazywaną drajtoolingiem czyli wspinaczką skalną przy pomocy czekanów, stworzyło możliwości na szybkie i stosunkowo bezpieczne pokonywanie wielkich ścian zimą. Ale o tym opowiem może przy innej okazji.

Polski Grzebień - na nartach Doliną Białej Wody. Wędrówka retrospektywna – cz ILodospad Ukryty, fot. Marcin Koszałka

Polski Grzebień - na nartach Doliną Białej Wody. Wędrówka retrospektywna – cz INa Cisowkach z Marcinem Koszałką

***
Doszedłem na wielką polanę z leśniczówką po lewej stronie. Przede mną rozpoznawałem zarysy ścian Małego Młynarza i Młynarczyka.

Polski Grzebień - na nartach Doliną Białej Wody. Wędrówka retrospektywna – cz IPolana Biała Woda zimą fot. Andrzej Marcisz

Polski Grzebień - na nartach Doliną Białej Wody. Wędrówka retrospektywna – cz IPolana Biała Woda latem fot. Michał Kasperczyk

Wspinałem się na tych ścianach za młodu – kultową Kurtykówkę, pierwszą drogę określaną jako trudniejszą niż skrajnie trudno (VI+) robiłem w czerwcu 1980 roku z Jaśkiem Świdrem.

Polski Grzebień - na nartach Doliną Białej Wody. Wędrówka retrospektywna – cz INa drodze Lipki-Święcickiego stanowiącej wariant do Filara Birkenmajera na południowej ścianie Kieżmarskiego Szczytu nieśliśmy ze sobą sprzęt, choć nie uznaliśmy za konieczne związanie się. Fot. Jan Świder

Na Małym Młynarzu mam też swoją drogę, zrobioną z Leszkiem Kozikiem – nazwaną przez nas „Cosi Piccola – Taka Mała”. Rozwiązywała środek północnej ściany niższego wierzchołka.

Polski Grzebień - na nartach Doliną Białej Wody. Wędrówka retrospektywna – cz IPółnocno-wschodnia ściana Małego Młynarza fot. Andrzej Marcisz

Od początku mojego wspinania miałem w sobie chęć wytyczania nowych dróg – miałem to szczęście, że zaczynając się wspinać miałem za partnerów wybitnych wspinaczy, którzy zaszczepili mi takie podejście do eksploracji wspinaczkowej. Ryszard „Riko” Malczyk, zawsze mi tłumaczył, że oczywiście trzeba powtarzać uznane klasyki, ale także próbować przechodzić klasyczną wspinaczką drogi dotąd hakowe. Najważniejsze jest jednak wyszukiwanie nowych rozwiązań – Riko był w tym prawdziwym mistrzem – w końcu jako pierwszy klasycznie przeszedł ścianę Kazalnicy Mięguszowieckiej. Riko wywarł bardzo duże piętno na moje pojmowanie wspinania. Dlatego, kiedy pierwszy raz kiedy w 1980 roku przechodziłem z Jasiem Świdrem pod ścianą niższego wierzchołka Małego Młynarza, od razu wypatrzyłem możliwość wspięcia się środkiem płyt jego ściany północnej.  

Młodemu pokoleniu czytelników, należy się w tym miejscu wyjaśnienie. Mimo, że Mały Młynarz i Młynarczyk znajdują się w słowackiej części Tatr (dawniej Czechosłowackiej) nigdy nie szedłem wspinać się na tych ścianach z Łysej Polany. Polscy wspinacze chodzili przez zieloną granicę: pod Małego Młynarza przez Przełączkę pod Żabią Czubą i Skoruszową Przełęcz, pod Młynarczyka „przez Wantę”, pod Galerię Gankową przez Białczańską Przełęcz Wyżnią lub Rysy. Takie były czasy, o tych ścianiach mówiło się nawet, że są to „polskie ściany”, tyle że położone na Słowacji. Potwierdzaniem są wykazy nowych dróg, przebytych tam przez Polaków. Wśród pierwszych zdobywców odnajdziemy nazwiska polskiej elity wspinaczy na przestrzeni całego XX wieku.

Polski Grzebień - na nartach Doliną Białej Wody. Wędrówka retrospektywna – cz ICharakterystyczny profil wschodniej ściany Młynarczyka fot. Andrzej Marcisz

Na Młynarczyku wspinałem się dwukrotnie, jeszcze w 1979 roku. Latem tamtego roku, doświadczony Tadek Skrzyszowski zaproponował mi wspinaczkę na drodze Kowalewskiego. Dzisiaj z tego przejścia, bardziej pamiętam podejście – pierwsze w życiu przekroczenie granicy państwa przy Wancie. Tadek na szczęście znał je dobrze, co nie znaczy jednak, że odbyło się ono na spokojnie! Również samo podchodzenie pod ścianę w terenie określanym jako: bajki z mchów i paproci!

Na ostatnią wspinaczkę tamtego lata wybrałem się na Młynarczyka z Władkiem Vermessy. Stanowiliśmy wtedy zespół dwóch szalonych małolatów, którzy nie wykazywali respektu do mitycznych ścian, na których wcześniejsze pokolenia wisiały dniami i nocami. Rysiek Malczyk, z którym dużo się też wspinałem na początku tego sezonu, bardzo rekomendował mi spróbowanie drogi o nazwie Szewska Pasja, wariantem, którym przeszedł ją wraz ze świętej pamięci Wojtkiem Myszkowskim w kwietniu 1976 roku. Wojtek Myszkowski był w opinii Ryśka Malczyka wielce utalentowanym wspinaczem. Jego imieniem nazwana jest jedna z najbardziej popularnych ścianek w Dolinie Kobylańskiej! Niestety nie poznałem go osobiście, znam go głównie z historii tragicznego wypadku, który miał miejsce na Kazalnicy – Wojtek Myszkowski wraz ze swoim partnerem spadli do podstawy ściany. Z wypadkiem tym związane jest powiedzenie „szybka dwójka”, które funkcjonowało w środowisku taternickim a określało styl wspinania z lotną asekuracją.

Polski Grzebień - na nartach Doliną Białej Wody. Wędrówka retrospektywna – cz IJedna z najpiękniejszych zerw tatrzańskich – wschodnia ściana Młynarczyka fot. Andrzej Marcisz

Ostatniego dnia sierpnia 1979 roku to ja byłem przewodnikiem „przez zieloną granicę”. Startowaliśmy z Poronina, gdzie Władek ma rodzinny dom, wybudowany jeszcze przez jego dziadka - znanego architekta krakowskiego - Karola Stryjeńskiego (projektował m.in. schronisko w Pięciu Stawach Polskich i zakopiańską skocznię Krokiew). Pod Wantę skoro świt podwiózł nas kuzyn Władka, Marcin Syrzystie, z którym podróż zawsze pozostawała niezapomnianym przeżyciem ze względu na rajdową profesję. Wtedy, można było dojeżdżać na Włosienicę samochodem, gdzie był parking. Prosiłem go, aby nas wyrzucił nieco wcześniej – ale jak to u rajdowca – zahamował z piskiem opon niemal przy leśniczówce. Z duszą na ramieniu, schodziliśmy do Doliny, snując wizję, że na pewno już na nas czekają bo leśniczy dał cynk! Ale udało się, „Szewską Pasję” przeszliśmy, choć nie do końca klasycznie tak jak chcieliśmy. Władek na prowadzeniu jednak przytrzymał się dwóch haków, ja na drugiego przeszedłem co prawda klasycznie, ale „odhaczenia drogi” nie mogliśmy sobie zapisać!

Na Młynarczyka wróciłem już tylko raz w życiu. Z Leszkiem Bednarzem chcieliśmy zimą 1980 roku zrobić drogę „przez Badyl”.  Tym razem podchodziłem pierwszy raz po „katolicku” z Łysej Polany”. Niestety, mieliśmy potężne plecaki ze sprzętem na kilka dni wspinania, a trafiliśmy na śnieg powyżej kolan. Podejście pod ścianę zajęło nam cały dzień i po pokonaniu pierwszego wyciągu w ogromnym opadzie śniegu, podjęliśmy decyzję o wycofie. Być może dlatego, zraziłem się tak skutecznie do tej Doliny, gdyż w drodze powrotnej złapaliśmy jeszcze biwak. Tamtą wyprawę, do dziś pamiętam jako morderczą walkę ze śniegiem w dolinie, która wydawała się nie mieć końca. CDN

Andrzej Marcisz


Outdoor Team logo

Część II:
http://www.portalgorski.pl/patronaty/bergans-team/7023-polski-grzebien-na-nartach-dolina-bialej-wody-wedrowka-retrospektywna-cz-ii

Część III:
http://www.portalgorski.pl/patronaty/bergans-team/7040-polski-grzebien-na-nartach-dolina-bialej-wody-wedrowka-retrospektywna-cz-iii